Trening Kolarski z Tomaszem Kiendysiem

 

III OTWARTE MISTRZOSTWA ZIELONEJ GÓRY MTB AMATORÓW 24.09.2017 r.

Kategoria

III OTWARTE MISTRZOSTWA ZIELONEJ GÓRY MTB AMATORÓW O PUCHAR PREZYDENTA
24.09.2017 r.
Czy pamiętacie pierwszą relację z tegorocznego sezonu? Dzieliłem się wrażeniami z Piekła Przytoku. Dziś, pod koniec sezonu, wracamy do Przytoku, na zawody leśnego mtb, pod nazwą III Otwarte Mistrzostwa Zielonej Góry Mtb Amatorów O Puchar Prezydenta. To ostatnia impreza w ramach Lubuskiego Grand Prix MTB 2017, organizowanego przez Lubuskie Towarzystwo Krzewienia Kultury Fizycznej. Od 2014 r. startuję w tych imprezach, tyle, że w tym roku ta jest jedyną, w jakiej uczestniczyłem. Najlepszą trasą była Ochla w 2014 r., znakomite trasy także w Czerwieńsku, najliczniej obsadzone zawody-w Łagowie (łatwa trasa), a wrażenia artystyczne – Sulęcin z widokiem na jezioro Lubniewsko. Co charakteryzuje trasy imprezy w samej Zielonej Górze. Przede wszystkim są wymagające, pełne podjazdów i widowiskowych, szybkich, często technicznych zjazdów, nie miejsca na odpoczynek.

Marek i Selfie
Marek  z autorem projektu trasy


W 2016 r. w Przytoku trasa liczyła 32 km, ok. 360 m przewyższeń. Była dość szybka. W tym roku jej autor, Jerzy Żychowski, zaproponował wydłużenie dystansu do 40 km (4 pętle po 10 km) i jazdę przeciwnym kierunku do trasy zeszłorocznej.
24.09.2017 r. zapowiadał się nieciekawie. Względnie ładny, niekiedy nawet słoneczny tydzień zakończyły sobotnie deszcze, a padało całą noc do godzin porannych w niedzielę. W takich warunkach ciężko ruszyć na imprezę kolarską, ale skoro zaplanowałem start, to trzeba gdzieś pojechać. Była co prawda alternatywa - impreza w Bergen w Norwegii, profil trasy nawet mi pasował, ale raz, że daleko, dwa, że to wyścig szosowy, a w tym roku stratuję przede wszystkim na mtb. Zatem jedziemy do Przytoku.
W drodze zauważam, że przestało padać, przedpołudnie jest mgliste. Na miejscu, na parkingu Przytok Golf & Resort sporo samochodów. Zawodnicy w strojach Sogest, Seven Perceptus (Kasia Boczkowska-Pidek przyjechała po zwycięstwo wśród kobiet), Rant Team, Sulima…czyli tradycyjna lista miejscowych imprez. Sporo fotografów, w tym znana z ciekawych zdjęć, oddających wydarzenia na trasie, Renata Tyc (kilka zdjęć zobaczycie, reszta na Fb).
Krótka rozgrzewka, a raczej przejażdżka po terenie pola golfowego, ładny zróżnicowany teren.
Przed nami cztery 10-kilometrowe pętle. Pierwsza zapoznawcza, druga do mocnego pojechania, trzecia do przetrwania, czwarta turystyczna.
Stratujemy o 11:00, a sygnał do startu daje słońce, które podjęło walkę z chmurami. Cóż za aura, miało padać, być zimno a tymczasem mamy najlepszą pogodę na rower. Początek w dół, po 200 metrach jesteśmy w lesie, droga wiedzie lekko prawo, następnie zakręca w lewo-dwa ostre zakręty. Następnie pierwszy podjazd, to jeden wielu mało widocznych, za to bardzo odczuwalnych. I kolejny zjazd i znowu niby lekki podjazd. W zeszłym roku były to końcowe kilometry pętli. Dojeżdżamy do zabudowań gospodarczych a za nimi w prawo do lasu i pierwszy zapadający w pamięć singlowy odcinek. Jedziemy mocno pokręconą ścieżką, kluczymy między drzewami, dalej zaś zjazdem docieramy do szerokiej szutrowej drogi. Kolejne 2,5 km to podjazd z nachyleniem 4-6, 11 a nawet 19%. Przez dalsze 2, 5 km mamy sekwencje podjazdów (na pierwszym nawet ktoś wprowadza rower) i zjadów ostatni to 400 km leśnego duktu przechodzącego singieltrack, tu mozna sie rozpędzić. 
Jest też odcinek szybkiego twardego szerokiego szutru.
Od 6 km prawie 3 kilometrowa wspinaczka, z poziomu 78 na 127m. W nagrodę zjazd kapitalnym technicznym odcinkiem -trawersem powstałym po wycince leśnej, mając z lewej strony skarpę, a z prawej zalesione wzniesienie. Wygląda nieco groźnie, ale jest bardzo widowiskowo, zdecydowanie numer 1 na całej trasie. W tym miejscu dyżuruje autor trasy. Potem wspinaczka na 148 m. i interwałowo do mety, czyli na koniec pierwszej pętli. Jechałem ją ok. 40 minut. Nawierzchnia błoto odporna. Piaszczyste fragmenty (jest ich mniej, niż w zeszłym roku) po opadach w całości nośne a jedyne błoto i tak łatwe do ominięcia jest na dojeździe do mety. I teraz początek drugiego okrążenia w dół. Na trasie pusto, więc można się delektować zjazdem, jest bardzo szybki, a po lewej stronie odkrywam korzenisty uskok, sympatyczne hop czyni ten zjazd jeszcze atrakcyjniejszym. Mam wrażenie, że trasę na drugim kółku pokonuję szybciej, jedzie się dużo lepiej, niż pierwszą część. Ale różnica wynosi tylko 6 sekund. Pojazdy są różne, zwraca uwagę ten na czwartym kilometrze. Początkowo łagodny, ale im wyżej, tym stromiej. Na widocznym szczycie niby wypłaszczenie, ale nie, jeszcze dodatkowa stromizna na zakręcie w prawo. Piękny jest też wspomniany 400-metrowy zjazd, jedyny powtórzony odciek z zeszłego roku. 
Trzecie okrążenie to znowu radosne zjazdy i ciężkie podjazdy. Jest ich tak dużo i są tak zróżnicowane, że nie mogę zapamiętać trasy. Kiedy już mam nadzieję, że to ostatni podjazd, pojawia się jeszcze jeden i kolejny... Czołówka zaczęła mnie dublować pod koniec drugiego okrążenia (na czele oczywiście Jarosław Michałowski) i na trzecim, na szczęście zawsze na szerokich odcinkach.
Czwarte kółko już spokojnie. Można teraz rozejrzeć się po lesie. Oprócz kolarzy sporo grzybiarzy, niektórzy na rowerach, przy drogach przede wszystkim muchomory, ale pewnie w tym pięknym lesie można nazbierać prawdziwków. Jest czas na zdjęcia, także z Autorem trasy. Pod koniec łapię gumę i do mety muszę poprowadzić. Kosztowało nie to ponad 10 minut.
Warto było pojechać i delektować się zielonogórskim lasem w tak pięknej pogodzie. A już po zakończeniu specjalność zakładu, czyli żurek jako posiłek regeneracyjny, ten żurek: )
Trasę przejechałem w czasie 2:56 dystans 41 km, dał sumę przewyższeń 851 m.