Trening Kolarski z Tomaszem Kiendysiem

 

https://fitwheels.eu/

 

Bikemaraton Zdzieszowice okiem redaktora Marka

Kategoria

Bike Maraton 2018 Zdzieszowice 26.05.2018 r. Co łączy Karpacz, Kraków, Zawoję, Piechowice i Głuszycę? Są to wspaniałe miejscówki maratonów mtb. Niemal z każdą łączymy miłe wspomnienia. Żadnej z nich jednak nie znajdziemy w tegorocznym kalendarzu Bike Maratonu. Z kolei Zdzieszowice obok Polanicy Zdrój i Świeradowa to stałe miejsce kolejnych edycji tej imprezy. Tym razem jako trzecie, już po górskiej Polanicy Zdrój. Bike Maraton obok Mazovii Cezarego Zamany najliczniej obsadzony cykl maratonów. Przy słonecznej pogodzie frekwencja przekracza 1000 osób. Większość wybiera dystans mini. 26 maja 2018 r. imprez było do wyboru sporo. Ja wybrałem Zdzieszowice z jednej podstawowej przyczyny. Nigdy tam nie byłem. Do tego postarałem się o nowy rower Scott Scale 925 na kołach 29” i Zdzieszowice dawały możliwość nauki jazdy na nowym rowerze. Na trasach w Kraszowicach i Lwówku Śląskim przekonałem się, że rower ten to torpeda zjazdowa i potwierdziłem, że jak każdy Scalak (dotychczas jeździłem 60-tką) bardzo pomaga na podjazdach.

marek

Czas zatem na jazdę w warunkach adrenaliny. Zresztą nie tylko ona towarzyszyła w sobotnie przedpołudnie. Przede wszystkim we znaki upał. Nie wiem ile pokazywały termometry, ale odczuwalny był tropik. Nie było to może 37 stopni jak w 2014 r. w Myślenicach, ale jak na maj było gorąco. Na starcie tradycyjne ponad 1000 osób, .

jacek

Z naszego teamu o dobre miejsce walczy Jacek Sudół wspierany dopingiem małżonki i córki.  Tradycyjnie wybieram dystans mega, choć już nie raz zdarzyło mi się w różnych imprezach nie zmieścić się w limicie. Potrzebuję porządnego dystansu w perspektywie czterech ponad 50 kilometrowych etapów Gwiazdy Południa w Zawoi. Po za tym jechałem do Zdzieszowic ponad 3 godziny (słuchając m.in. Helloween „Keeper of Seven Keys Part II”) i półtora godzinna jazda na rowerze byłaby nie wystarczająca w stosunku do czasu za kółkiem. Ruszamy. Tradycyjnie startuję z 7 sektora. Wydaje mi się dość nielicznie obsadzony. Okazuje się także, iż dość osób dużo stratuje na rowerach 26”. Pierwszych 5 kilometrów wiedzie asfaltem i niemal w całości pod górę. Jedziemy do Leśnicy, znanej z szosowego cyklu Roadmaraton. Startuję tradycyjnie niemal z końca siódmego sektora. Pierwsze kilkaset metrów to uliczki osiedla więc nie ma warunków do rozpędzenia się i raczej kluczę między zawodnikami i ostrożnie wyprzedzam. W ścisku trzeba mieć oczy dookoła głowy, ale doświadczenie z szosy procentuje. Ostrożność potrzebna bo w nowym rowerze kierownica jest szeroka i łatwo sczepić się z innym zawodnikiem a takie sytuacje generują dość dolegliwe w skutkach upadki. Dopiero po przejechaniu ronda można rozwinąć prędkość. Jako, że to asfalt a opony napompowane twardo jadę szosowo, szukam innych kół. Jest kilku zawodników – trzeba znaleźć szczupłego, na kołach 29”. Taki ktoś wybudza zaufanie, że pojedzie dość szybko. Parę razy łapię koło ale o dziwo, gdy sam daje zmianę zawodnik gdzieś znika. tak nieco pasożytniczo zdobywam pierwsze kilometry. Trasa obfituje w zakręty i dość długo i łagodnie wznosi się, ale finał pierwszego podjazdu ma nachylenie od 8 do 14 % i wiedzie brukiem. Tu paru zawodników musi wprowadzać. Nagrodą za wjazd jest doping kibiców, wśród nich zakonnicy, a potem szybki zjazd, wąska ścieżką, a następnie schodami. Te schody tak mnie zaskoczyły że z trudem uniknąłem otb, na szczęście jakoś łapię sylwetkę i dojeżdżam do dalszej części zjazdu a to ciekawy singiel. Po drodze mijamy koloseum. Niezwykły wręcz widok. Od końca 7-ego kilometra kolejna wspinaczka. Tym razem porządny wąski terenowy podjazd z odcinkami kamieni i korzeni . Stopień trudności mocno wzrasta a nachylenie od 2 przez 12 do 18 %. Choć określenie tego odcinka ścianą płaczu to moim zdaniem przesada. Cała niemal grupa wprowadza, ale bardzo kulturalnie przepuszczają jadących, więc mogę na siodle wjechać cały odcinek, nie jestem jedynym jadącym ktoś przede mną za mną też walczy. Po półtorakilometrowym podjeżdżaniu teraz ostro w dół, ponad 2 km sprintu. I wcale nie są to banalne zjazdy, wręcz przeciwnie dość wymagające w dość zmiennej scenerii. Trochę lasu, trochę pól. Kolejne podjeżdżanie kończy się przy bufecie. W dole autostrada A 4. Postój obowiązkowy. Trzeba uzupełnić bidony coś podjeść. Bo w tych warunkach pogodowych inaczej się nie da. Ruszam dalej. Ponownie wjeżdżamy w las i znowu single, odcinek chyba najbardziej godny zapamiętania z uwagi na prędkości zmieniające się otoczenie. Na jednym zjeździe od korzenistego singla, poprzez polne drogi. piaszczyste odcinki aż do asfaltów. Ciekawie wygląda otoczenie trasy co chwile jakiś zabytkowy kościół, krzyże, tablice. Z radością dojeżdżam do rozjazdu. Mieszczę się w limicie i teraz jako jeden z nielicznych wjeżdżam na trasę mega. Ta dość pusta, w oddali widać zawodników, to moje pożywienie. Niby dużo tracę. Ale jadąc swoje po kolei ich połykam. Tak wygląda zacięta rywalizacja o miejsca od 390 w górę. Teraz trasa to już typowe leśne mtb jakie znamy z Kaczmarków. Przy okazji można poznać miejsca znane z podróży autostradą A 4 w okolicach MOP Wysoka. To miejsce  w którym naczelny Road-Racing.pl Bartek chętnie piję kawkę.

Zawsze interesowało mnie charakterystyczne wzniesienie, tam gdzie w kierunku Katowic pojawia się trzeci pas. Jest to rezerwat przyrody Biesiec w okolicach Ligoty Dolnej. To właśnie tam jedziemy, początkowo w kurzu, i upale. Cały czas podjeżdżając. Najpierw długi, szeroki podjazd szutrowy, zaczyna się na otwartym terenie by dalej prowadzić do lasu, a im bardziej w las tym więcej w górę. Potem szybki zjazd leśny. Wreszcie najcięższy, chwilami błotny podjazd. tu ni dość, że trudna nawierzchnia, to jeszcze nachylenie daje się we znaki. Niektórzy wytrwale jadący zawodnicy nie dają rady, jeden siedzi na poboczu, ale nie chce pomocy, po prostu odpoczywa, kogoś innego łapią skurcze. Dopiero po 40 kilometrach terenowy motocykl złowrogo obwieszcza, że nadciągają zawodnicy z dystansu giga. Na czele trzech zawodników z JBG2, potem jeszcze kliku innych. Na szczęście da się z nimi jechać, nie spychają z drogi. Walka z podjazdem koczy się w Wysokiej, objeżdżamy mój ulubiony Orlen ze świetną kuchnią oraz z drugiej strony KFC. Dojeżdżamy do bufetu, który był na 15 kilometrze. Nie ma tam kurczaków w panierce, ale izotonikami i bananami nie wzgardzę. Ponownie zjazd w kierunku rozjazdu. W drugiej próbie przejeżdżam ten odcinek szybciej o 45 sekund. Jadę do mety, ale okazuje się, że zmieściłem się limicie na giga, co rzadko potrafiłem osiągnąć na Bike Maratonach. Na trawiastym odcinku puszczam innego zawodnika z dystansu mega. Nie chodzi tylko o to, że on lepiej zjeżdżał, ale przede wszystkim jadąc za nim mogłem wybrać dobre ścieżki na odcinkach technicznych. Kolega wykorzystał to na tyle, że na płaskim odcinku nie miałem szans na dogonienie go. A końcówka to bardzo ciekawy leśny odcinek z charakterystycznym mostkiem. Przed metą jeszcze Ela Cirocka robi mi fotkę. Wreszcie koniec po 3 godzinach i 16 minutach jazdy w open 369 a kategorii 115. To oznacza, żę o ile jeszcze pojadę w BM wystartuję z 5 sektora. Jacek Sudół wyjątkowo pojechał dystans mini i był 8 w swojej kategorii. Ogólnie miłe wrażenie na trasie bardziej leśnego niż typowo górskiego mtb. Co ciekawe, większość trasy to albo góra albo dół, mało płaskich odcinków i stosunkowo trudny odcinek mini. Jeśli ktoś szybko, płynnie przejechał trasę, to przed górami i tak musi mocno popracować, gdyż prawdziwa weryfikacja formy nastąpi na trasach górskich a Zdzieszowice do takich nie zaliczają się.

MArek Śledziona

Road-Racing.pl

Zdjęcie nr 1 Elżbieta Cirocka Sport Profit Wrocław

Zdjęcie nr 2 Własność JAcek Sudół