Trening Kolarski z Tomaszem Kiendysiem

 

Bikemaraton Zdzieszowice 2017

Kategoria

Emocje związane z maratonem w Zdzieszowicach zaczęły się pojawiać na długo przed startem. Kilka dni wcześniej w okolicach Zdzieszowic spadł śnieg. Na Górze Św. Anny było go całkiem sporo, jak w środku zimy. Myślałem, że organizator przesunie maraton, bo w kopnym śniegu ciężko się jeździ na rowerze, chociaż treningowo może to mieć czasem sens :) Na szczęście pogoda się poprawiła, śnieg stopniał a organizator wyciął najbardziej błotniste odcinki z trasy. Ostatecznie trasa była w większości sucha, a krótkie odcinki śliskiego błota tylko dostarczały większej frajdy z jazdy.

Na początku nie było jednak tak wesoło, bo padał deszcz a termoter w aucie wskazywał jedynie 5 stopni. Zastanawiałem się jak się ubrać, bo nie mam za bardzo ciuchów do ścigania się w temp. poniżej 8 stopni. Ubrania treningowe nie są wygodne i by się tu nie sprawdziły. Postanowiłem użyc worków foliowych w butach zamiast ocieplaczy - stara szkoła. Na górę ubrałem dodatkowo kurtkę przeciwdeszczową, którą zdjąłem zaraz po rozgrzewce, bo temperatura wzrosła do 12 stopni. I tyle by było ze śniegu i trudnych warunków :) 3 dni myślenia i zastanawiania się - śnieg, deszcz, zimno, błoto. Dużo ludzi zrezygnowało ze startu. Ostatecznie warunki były całkiem dobre, a nawet jakby były gorsze to i tak zawsze skończymy w ciepłym aucie :) Nie ma co za dużo się zastanawiać, tylko kupić sobie dobre ubranie na każde warunki, w miarę uniwersalne opony, poćwiczyć trochę jazdy w błocie, na śliskim i można jechać każdy maraton :)

Podjazd pod Górę Św. Anny

W Zdzieszowicach po raz pierwszy startowałem z pierwszego sektora. Wokół dużo znanych ludzi z czołówki - kawałek przed mną stoją zawodnicy z JBG2. No nic - startujemy. Kilka ostrych zakrętów - z każdego krótki sprint na maxa, żeby nie odpaść od grupy i po chwili jedziemy już długą prostą w stronę Góry Św. Anny. Jest bardzo gęsto - kolarz przy kolarzu, ktoś lekko trąca moją kierownicę, ale wszystko dzieję się płynnie. Mimo ścisku czuję się bezpiecznie - widać, że ludzie tutaj wiedzą o co chodzi i umieją jeździc w peletonie/ Tempo nie jest zabójcze i do końca asfaltu udaje mi się dojechać w pierwszej grupie. Na stromym odcinku jadę już swoje na tętnie 180 w czerwonej strefie.

Kolejny odcinek to krótki zjazd najpierw po kostce później przez las. Tam jadę wolniej, ponieważ trasa się korkuje nawet z przodu i muszę czekać w kolejce, bo nie ma gdzie wyprzedzić. Po zjeździe stromy podjazd po błocie, który w dużej części wbiegam, ponieważ Racing Ralphy tracą trakcję. Jest to w zasadzie jedyna słabość tej opony jaką zauważyłem do tej pory - słaba przyczepność przy błotnych zjazdach. Wjeżdzamy do góry i zaczynamy szybszy zjazd z błotnym odcinkami. Wciąż można jechać szybko tylko momentami rower tańczy.

Zjazd lasem

Dojeżdzamy do bufetu, po którym zaczynamy trzeci krótki podjazd. Tam już niestety trochę mnie odcięło po mocnym początku i nie jadę na tyle na ile mógłbym. Brakuje mi jeszcze trochę ścigania w nogach i tolerancji na takie wysiłki. Krótkie podjazdy czołówka pokonuje na bardzo wysokich mocach sporo ponad FTP i naprawdę trudno za nimi nadążyć. Mam nadzieję, że z wyścigu na wyścig będzie nieco lepiej.

Środkowa część trasy była płaska z krótkimi hopkami jak w Miękini. Starałem się tam jechać mocno, ale w głowie miałem ostatni długi podjazd, gdzie chciałem pojechać mocniej. Jazdę mocno utrudniał wiatr, a w mojej grupce zawodnicy nie kwapili się do pracy, więc za karę im odjechałem, żeby nie wieźli się za darmo :)

Przez las

Na dłuższym podjeździe pociągnąłem trochę mocniej i wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników, ale niestety nie jechałem tak szybko jakbym chciał. Nogi tego dnia nie były najlepsze. Po dojeździe na szczyt Góry Św. Anny i przejeździe nad autostradą czekał na nas krótki błotnisty odcinek. Na poboczach jeszcze można było zobaczyć resztki śniegu. Przez takie błoto najlepiej przejechać szybko, żeby stracić jak najmniej prędkości. Trzeba też dobrze balansować, bo jednak rower mocno tańczy.

Kolejny fragment trasy to pokonywany już raz dzisiaj zjazd do bufetu i podjazd za nim. Tam podkręciłem jeszcze tempo, bo do mety już blisko. Po tym odcinek przez pola i krótki podjazd, na którym zaatakowałem i znów wyprzedziłem 2-3 zawodników. Jadę tam do mety - za mną nikt nie jedzie - super. Nagle w lesie jakiś 1km do mety widzę dwie zawodniczki z MINI i ostry zakręt pod góre w lewo. Krzyczę, żeby mnie puściły, a one "Pewnie - jedź" i zablokowały mi drogę :) Musiałem zejść z roweru i podbiec, a w tym czasie wyprzedził mnie zawodnik z tyłu. Jechałem już na limicie a on miał kilka metrów przewagi. Myślę sobie, że on też jedzie już na odcięciu i prędzej czy później strzeli, także nie odpuszczałem i wjechałem tuż za nim na metalowy mostek. Zablokowałem amor i pojechałem wszystko na kreskę, ale wygrał o pół koła. Miejsce open 31 - za 2 tygodnie Polanica i już bardziej trasa pode mnie, także walczymy dalej!

Na asfalcie